COKOLWIEK BYLE BY W REALU, CZYLI MÓJ DZIEŃ BEZ SMARTFONA.




Zacznijmy jak u Hitchcocka – od trzęsienia ziemi: Czy zdarzyło ci się kiedykolwiek wyjść rano z domu i …zapomnieć telefonu? Tak? Aaaaa… od razu po niego wróciłeś/aś? No dobrze, więc zacznijmy raz jeszcze – czy zdarzyło ci się go zapomnieć ALE po niego nie wrócić? Tak, mam na myśli cały dzień od rana do prawie wieczora ( w dzisiejszych czasach i o tej porze roku jednak takie są często godziny pracy przeciętnego Janusza i Grażyny czyli moje i twoje ) bez smartfona! Cały boży dzień!!!  I co, miałeś/aś tak kiedyś? Nie? Człowieku, więc nic nie wiesz o życiu.

Nie dalej jak dwa dni temu obudziłam się dość wcześnie by pobiec do pracusia. Byłam jeszcze trochę skołowana po niedawnej chorobie plus, sam/a wiesz – jesień, zmiana czasu i takie tam. Zerkając ukradkiem na zegarek zrozumiałam, że jeśli nie odpalę rakiety natychmiast, moja misja kosmiczna na Puławską będzie musiała być oficjalnie odwołana na stronie NASA, wiec rzutem na taśmę zarzuciłam coś na plecy, zadzierzgnęłam ( na szczęście ) dwa buty od tej samej pary i wybiegłam cieszyć się bogatym życiem zawodowym. Byłam na tyle zajęta myśleniem co gdzie i kiedy, że brak smartfona zlokalizowałam dopiero na przystanku. No i co teraz? No i nic teraz. Nie ma jak wrócić, bo czas i tak już dźga w plecy wskazówkami zegara, trzeba zatem zmierzyć się z tym co przyniesie dzień bez smartfona.

Mój przeciętny dzień w pracy to same spotkania. Mam ich sporo, lub nawet bardzo dużo, a każde lubi zmieniać się dynamicznie, toteż telefon, jest mi mega potrzebny w komunikacji. Dzięki niemu wiem kto i co odwołuje czy przestawia, mogę zareagować szybko i na bieżąco pozamieniać miejscami spotkania tak, by wszystko grało jak w zegarku. No ale nie tym razem. Co prawda rano, tuż przed wyjściem zdążyłam jednak wysłać kilka maili i wiadomości… ale odpowiedzi na nie miałam okazję odczytać dopiero po powrocie. Czyli, jak by tu powiedzieć, trochę za późno. No i co teraz? No nic teraz, trzeba jakoś żyć. Okazuje się bowiem, że jeśli nie możesz do kogoś zadzwonić czy napisać możesz… do niego pójść! J Tak! Na piechotę, windą czy jak tam chcesz – nie po łączu internetowym, nie po zasięgu sieciowym, normalnie, krok za krokiem w formie fizycznej objawiasz się delikwentowi w drzwiach. Nie mieści ci się w głowie? No pewnie nie. Ja na szczęście pamiętam takie czasy kiedy telefony stacjonarne ( zapewne nie wiesz co to, więc wygoogluj sobie ) były rarytasem a o komórkach nie śnił nawet Stanisław Lem ( No nie mów, że też musisz wygooglować?) więc kiedy czegoś się chciało lub potrzebowało się pogadać – szło się do adresata swojej potrzeby osobiście. I powiem ci – to działa! Na szczęście osoby, z którymi miałam się widzieć wszystkie rezydowały w jednym budynku, więc przy odrobinie organizacji udało mi się dopaść wszystkich.

Ale to nie wszystko. Czy zastanawiasz się czasem czemu służy ozdoba na bransolecie z tarczą z cyferkami, która nosisz na nadgarstku? Tak, zegarek! Wiesz po co go masz? Bo ja dla ozdoby. Dzięki opatrzności w ten feralny dzień założyłam go na rękę i nie pożałowałam. Stała się to bowiem moja jedyna wyrocznia odnośnie lokalizowania siebie w czasie i tylko dzięki temu antycznemu wynalazkowi nie spóźniłam się nigdzie i zawsze wiedziałam ile mam jeszcze czasu. Normalnie…zerkam na telefon. Bo to jego druga nieoceniana funkcja – pokazywanie czasu. Zegarek to tylko taka fanaberia żeby ładnie wyglądać, nawet nie do końca wiedziałam czy dobrze chodzi. O dziwo, stary przyjaciel zdał świetnie egzamin i wspólnie okiełznaliśmy temat mojego grafiku bez trudu.

Co więcej, dzięki całkowitej niedostępności Internetu ( nie pracuje przy biurku, nie mam wiec przy sobie komputera, telefon wystarcza ) nie otrzymałam tego dnia ani jednego maila, ani jednej wiadomości, ani nawet okrucha bit-informacji z wirtualnej rzeczywistości. NIC. ZERO. Nie wiedziałam zatem, czy ktoś czegoś nie potrzebuje, czy może mama jakieś zlecenie na już, albo może rodzina pyta o coś istotnego. I co teraz? I nic teraz. Nie wiedziałam i… musiałam z tym żyć. I tyle. Musiałam zawierzyć opatrzności, ze nie zesłała na mnie żadnych bomb atomowych z opóźnionym zapłonem, które wybuchną dopiero gdy otworzę telefon. I tak też postanowiłam myśleć. Bo jak inaczej w takiej sytuacji?

No i również ważna, a dla niektórych może najważniejsze – nie maiłam żadnego kontaktu z mediami społecznościowymi. Wszystkie urodziny znajomych, ich podróże zagraniczne do egzotycznych krajów, ważne przesłania z treścią oraz cała masa zabawnych zwierzaków najnormalniej w świecie mnie ominęła. Nie widziałam, nie wiem i w ogóle…co? W zamian za to cisza, spokój… jakoś tak mniej nerwowo. Nie wspomnę już o tym, że w pracy często potrzebuję czegoś poszukać sprawdzić, zweryfikować, co stało się kompletnie nie możliwe. W zamian za to obiecałam, ze sprawdzę później, lub… sprawdzała to osoba, z którą miałam spotkanie. Cholera, jakie to proste. Aplikacja pomagająca mi dostać się do domu (  tak, remonty utrudniają mi aktualnie dojazd ) również została w domu wraz ze smartfonem, więc musiałam zdać się na intuicję i szczęście, wiec… Hej przygodo! Niech się dzieje!

Zatem dzień ten okazał się wyjątkowo miły i spokojny, o wiele mniej nerwowy i rozedrgany niż zwykle bez dostępu do maila, smsa, Facebooka czy Googla. Zatem okazuje się, że kontakt z wirtualnym światem i czy śledzenie wirtualnych przygód znajomych nie tylko nie jest mi potrzebne ale co więcej chyba trochę wyprowadza z równowagi. I nie chodzi to broń boże o zawartość ale o ilość informacji na które jest się narażonym każdego dnia. Jesteśmy nimi bombardowani, i pomimo faktu, iż nie czujemy tego ataku, nasz system nerwowy mocno na niego reaguje. Szybciej się męczymy, jesteśmy szybciej rozkojarzeni i potrzebujemy więcej wypoczynku. Ale czy na pewno? Może po prostu potrzebujemy czasami dni bez smartfona? Ja już wiem, że na pewno tak. Moja rzeczywistość stała się spokojniejsza i bardziej moja, bez ingerencji sił zewnętrzny. Do tego element przygody i niespodzianki, związany z brakiem kontaktu dodał jej pieprzu i dreszczyku emocji. Spędziłam ten dzień na prawdę fajnie i kiedy po powrocie do domu zajrzałam w telefon zrobiło mi się troszkę tęskno. Wiec gdy następnym razem nie będziecie się mogli do mnie dodzwonić, to pewnie dlatego, ze znów zapomniałam telefonu. Tyle, że tym razem… celowo?

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

CO, JEŚLI PO ŚMIERCI BÓG SPYTA NAS JAK BYŁO W NIEBIE?

WSZYSCY UMIERAMY, NIE WSZYSCY ŻYJEMY

ŻYCIE TO NIE PRÓBA GENERALNA, DZIEJE SIĘ TU I TERAZ